wtorek, 27 stycznia 2009

Czyścioszek

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że Maks nie ma nic wspólnego z Antonim B. No bo i co mały niebieskooki chłopak z prowincji miałby mieć wspólnego z aktorem o wybitnie południowej urodzie. Fanki Antonia pamiętają jego 'Desperado' i piosenkę, której refren sprowadzał się do słów: ‘aj-aj-aj-aj’ (w oryginale ay-ay-ay-ay), zupełnie tak, jakby śpiewający usiłował usiąść na kaktusie. I to po czterokroć!

Swoje ‘aj-aj-aj-aj’ jak mantrę do znudzenia powtarza i Maks. W innych okolicznościach co prawda, bo nawet kiedy nas wkurzy, nie każemy mu siadać na kaktusie. Maksio aj-aj-aj-aj-uje, kiedy tylko ubrudzi swoje ręce. Wpada w popłoch, nie może oderwać oczu od brudnych (a wystarczy np. mała kropelka soku) rączek i zawodzi na całe gardło.

W domu możemy szybko temu zaradzić, ale na dworze mamy kłopot. Kiedy wracaliśmy z babcią i Maksem z placu zabaw w niedzielę, upiaszczony Maks nie mogąc pozbyć się rękawiczek (i nie mogąc nam tego wybaczyć) wył do wszystkich okien po drodze, jaki on nieszczęśliwy i cały w piasku…
Aj-aj-aj-aj! Taki prawdziwy desperado.

sobota, 24 stycznia 2009

Namiot

Najgorsze w tygodniu są soboty. Trzeba się wziąć w garść i poruszać (z) miotłą, ścierką, czy jakimś odkurzaczem. Zwłaszcza, jeśli ktoś ma się pojawić. Mamy taką świecką tradycję w domu, że tak na poważnie sprzątamy tylko przed przyjazdem gości, więc najlepiej u nas wygląda na minutę przed ich wejściem. Oczywiście pod warunkiem, że Maks nie chlapnie gdzieś soczkiem, nie rozsypie klocków, nie powyrzuca puzli na schody, czy nie wysmaruje sofy bananem.

Na szczęście Maks już śpi, a my w pocie czoła przygotowujemy dom na przyjazd babci. Nie mamy gwarancji, że Maks rano nie zdąży w pół godziny wszystkiego obrócić do góry nogami, ale próbować trzeba.


Przy okazji widać hektary wolnej przestrzeni po wyprowadzce kojca. Coraz częściej myślę o jakimś małym samochodziku na sterowanie dla mni... Maksa, bo jest gdzie jeździć teraz. Tymczasem mama już pomyślała, jak zagospodarować tę przestrzeń.

- Kupimy namiot dla Maksa - powiedziała.

- Jaki namiot? W domu? Namiot w domu? - czuję nosem problemy.

- Taki mały, dla dzieci. Do zabawy, żeby mógł sobie tam siedzieć, wrzucać graty, wchodzić i wychodzić - tłumaczy mama.

- Ale jaki namiot? Przecież muszę wiedzieć, jak taki namiot się... np. rozkłada - ripostuję - czy trzeba go przewiązać do stołu, przyssać do podłogi, czy powbijać śledzie? - ciągnę, mając nadzieję, że to zniechęci mamę.

- A, no pewnie, że śledzie - odpowiedziała - i nie zapomnij okopać naokoło, na wypadek gdyby lało...

czwartek, 22 stycznia 2009

Jubileusz


Dawno, dawno temu, kiedy po ulicach biegały trole, nikt nie znał słowa 'recesja', Maks nie plątał się pod nogami i nie wołał do laptopa per 'baba', tata wziął urlop wychowawczy i został w domu z synem. Kiedy już wzięli się w garść i ogarnęli chaos, tata i Maks zaczęli pisać bloga.

Bez ładu i składu zaczęliśmy spisywać wszystko, co nam się przydarzyło i okraszać to aktualnymi zdjęciami. Z czasem okazało się, że zgrana z nas para! Maks, jak przystało na dobrego wspólnika, stale dostarczał tematów, często niestety obnażając swoje marudne słabostki, a tata - i tak nie mając nic lepszego do roboty - posłusznie przelewał to na bloga. Parę rzeczy nam nie wyszło (ciągle do uruchomienia jest pole golfowe), ale z innymi sobie dobrze radzimy i Maks wie np. gdzie w naszym domu wyrzucamy papier!

Zupełnie niedawno wystawiliśmy nasze zapiski do biegu z przeszkodami pt. Blog Roku 2008. Jako że kondycję mamy wybieganą porządnie w lesie, a i dobre skrzaty w kilku miastach Polski nam sprzyjały, wskoczyliśmy na trzecie miejsce w naszej kategorii!

Jeśli Jego Wysokość 'Cieknący Nos' Maksymilian pozwoli, to dobrniemy za rok do 200-ego wpisu, tymczasem jednak wychylamy szklankę za setny numer tatyimaksa, mając nadzieję, że Maks po zdobyciu pierwszych szlifów w czytaniu nie pogoni ojca z siekierą...

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Wredne zabawki

Maks lubi dziewczyny. Najlepszy na to dowód dał wczoraj, pożyczając swój kojec Teresce. Tereska to córka naszych Słowaków i jak mówi o niej tata Martin: 'je to emancipovana zena'. Od razu przeszła do rzeczy i długo nie mogła rąk oderwać od Maksa.




Przy okazji porządkowania pokoju (ile miejsca po tym kojcu do zagospodarowania!) odnalazło się kilka zabawek, które czujnie kiedyś schowałem przed Maksem. To tzw. zabawki dźwiękowe, których rodzice wolą się wystrzegać. Pamiętam, kiedy parę lat temu, kupując prezent w sklepie zabawkowym, odrzuciłem propozycję zakupu przeraźliwie wyjącej małej karetki. Wtedy pani sprzedawczyni zakomunikowała mi: 'Pan to się na ojca nie nadaje!'.

Od tamtej pory poziom tolerancji na hałas zabawkowy u mnie wzrósł, w śródku nocy potrafię zanucić Old Duck Donald had a farm, nie przeszkadzam synowi wsłuchującemu po raz tysięczny w melodyjkę z niebieskiego motylka, bez trudu rozróżniam dźwięk zabawkowej wiertarki od tej prawdziwej i przyzwyczaiłem się do tego, że mała kurka wydaje zatrzeżony dla koguta dźwięk 'kuku-ryku'.


Są jednak zabawki, których dźwięk do dziś mnie w snach prześladuje. 300-gramowy pluszowy miś, któremu po naciśnięciu lewej łapki, włącza się urocze chrapanie. W sumie niegroźne, ale kiedyś natknąłem się po ciemku na niego w kuchni i kiedy odezwał się pod moją stopą futrzany zwierzak, nie było mi w ogóle do śmiechu.



video

Jestem sobie mały miś...

piątek, 16 stycznia 2009

Pisze tata, pisze Maks

TATA:
W ostatnim tygodniu narzuciliśmy nieco większe tempo w przygotowaniu Maksa do życia. Chciałoby się otworzyć drzwi i powiedzieć, a teraz idź i wpadaj czasem na święta, ale jeszcze sporo nauki przed nami.

No bo jak wypuścić w świat kogoś, kto nie umie wyrobić na zakręcie na schodach, zamiast radio mówi ga-ga, a siedząc na nocniku (kupiliśmy parę dni temu) łapie się za głowę i wyje na całą łazienkę!


MAKS:
Rany, co ja się z nimi mam! Jakbym mógł unieść plecak, albo przynajmniej znał PIN do karty kredytowej, dawno poszedłbym w świat. Biorą mnie za jakiegoś małolata.

Np. każą mi wchodzić po schodach, zwłaszcza wtedy, kiedy jak zwykle zabieram na górę zabawki pałętające się pod stołem w kuchni, no i zdarzy mi się przywalić głową w ścianę, bo jak się niesie dwie piłki, wywrotkę, książkę o barankach pod pachą i trzyma tatę za rękę, to pokażcie mi takiego, który wyrobi na zakręcie.

Albo jak stary do mnie w samochodzie: 'powiedz Ra-dio'. Ja do niego 'Ga-Ga?', ten znowu 'Ra-dio!', a ja mu 'Ga-Ga?', a on się nawet nie domyśli, że jak jechałem z mamą to grali to na antenie akurat.

Ale największy numer jest z tym plastikowym nocnikiem. Nie dość, że mało wygodny i siedzieć na nim muszę z gołym tyłkiem, to jeszcze mi w tym czasie coś próbują powiedzieć. Zaraz, co to oni mówią? 'Siiiii, siiiiii' czy jakoś tak. Wstyd, jak rany Julek.

środa, 14 stycznia 2009

Penny Lane, czyli dlaczego Maks powienien lubić Strawberry Fields Forever

Kiedy okazało się, że tata pojedzie do Liverpoolu, wyciągnęliśmy z Maksem gitarę i z każdej płyty Beatlesów odegraliśmy po parę piosenek. Nie dlatego, że ich nie pamiętamy, ale dla wprowadzenia odpowiedniego nastroju przed wyjazdem. Maks od poczęcia przyzwyczajany do Beatlesów (tata śpiewał do brzucha) zareagował bardzo pozytywnie na śpiewającego ojca i (uwaga!) robił świetne chórki!

Stało się, tata po ponad 7 latach postawił znowu swą stopę nad Mersey. U źródeł największego muzycznego prezentu, jaki otrzymała ludzkość w XX wieku. Kiedy tak pompatycznie piszę, przypominają mi się czasy licealne, kiedy po paru miesiącach intensywnej beatlesowskiej indoktrynacji, koledzy i koleżanki z klasy uprosili, bym na miesiąc po prostu wykluczył Beatlesów ze swojego życia i dał im święty spokój nie podśpiewując/pogwizdując 'Come Together' albo 'A Hard Day's Night'! Nie było łatwo, ale oto po latach przyszła nagroda.

Trafu trzeba, że na dwie noce wylądowałem w hotelu nomen omen Hard Day's Night! Lepszego noclegu wyobrazić sobie nie można. Przez całą dobę grają w hallu, barze i restauracji Beatlesów.
A że dyskografia obejmuje ponad 200 utworów można w tym barze posiedzieć. W pokoju zamiast tv też można posłuchać wszystkiego od początku. Niezrozumiałe jest dla mnie tylko to, że w łazience niestety nie...

niedziela, 11 stycznia 2009

Kurza stopa

Zima nieco odpuściła i wczesnym popołudniem można wyjść na dwór, nie odmrażając sobie obu dłoni i lewej nogi tak gdzieś do kolana. Stara prawda indiańska głosi, że dzieci po osiągnięciu 18 miesięcy (Maks od wczoraj) nie mogą usiedzieć spokojnie w wózku. Maks jeszcze nie zna Winnetou, ale gdzieś głęboko jego mała indiańska dusza podpowiada mu, jak się ma zachowywać.

Na ryk przypominający atak Apaczów zareagowałem wprawnym i, co ważniejsze, błyskawicznym wyciągnięciem z wózka jedną ręką małego czerwonoskórego (z wściekłości!) Maksa. Proszę - mówię - idź sam, baw się, daj ojcu odetchnąć świeżym powietrzem. W odpowiedzi usłyszałem ryk przypominający stado zarzynanych owiec. Dobrze - uspokajam - idziemy razem, złap moją rękę i wejdziemy na plac zabaw.

Cisza - dwie i pół minuty. Potem radosne "na-na-na-na" Maksa - góra 12 minut. Potem rosnący stopniowo ryk (gdzieś w pamięci odtwarzam scenę ze słoniem z "W pustyni i w puszczy", którego Kali karmił, pardon: Kali karmić był). Brakowało mi pomysłów, zjeżdżalka wpadła dziś w niełaskę, huśtawka buja najwidoczniej za słabo, albo za mocno, więc uciekamy do domu, rycząc na całą okolicę.

I nagle radosne Ko-Ko! Jeden z tubylców naszej miejscowości ma w ogródku nieco żywego drobiu. Maks jak zahipnotyzowany wpatrywał się w kury, gdakał z nimi i wymachiwał radośnie rękoma. Nie pozostało nam nic innego, jak zostać tam dłużej, aż do chwili, gdy ciemność nie pozwalała rozróżnić kury od koguta, a ja zacząłem tracić czucie w lewej stopie...

piątek, 9 stycznia 2009

Noworoczne postanowienia

Z tym wirusem Maksa, to jak z tymi mercedesami, co je rozdawali przed laty na placu Czerwonym. Po trzech dniach gorączka puściła, skóra zmieniła zabarwienie z bladej na panterkę i Maks mógł odfajkować tzw. "trzydniówkę". Nie ma tego złego ..., bo przynajmniej możemy w dwóch posiedzieć razem w domu i poczytać fachową, kobiecą prasę. Wciąż do niej zaglądam, choć nieraz już obiecywałem sobie i Maksowi, że od teraz tylko prasa motoryzacyjna, albo inna, jeszcze bardziej męska kategoria pism dla twardzieli w czarnych okularach.


Obiecanki-cacanki. Ilu z nas postanawiało rzucić palenie, rozpocząć cud-dietę, nauczyć się fińskiego lub strugania w drewnie tak, żeby z kawałka brzozy stworzyć małą kopię Kościoła Mariackiego? Niemal każdy. Na dodatek większość wypowiadała to zaklęcie co roku w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia. A ilu z Was ma przynajmniej wystruganą fujarkę w domu?

To dlatego, że co roku stawiamy sobie zbyt ambitne cele, źle sformułowane lub takie, których realizacja jest od nas niezależna - przynajmniej tak wyczytałem w prasie. Weźmy np. takie palenie: lepiej byłoby postanowić, że zmniejszamy ilość wypalanych papierosów o 20-30% co rok. Po paru latach nie będzie czego zmniejszać i dymiący kłopot z głowy.

Z cud-dietą jest inaczej, bo jak sama nazwa wskazuje, wymaga ona interwencji sił wyższych, w związku z czym lepiej z niej po prostu zrezygnować. Co do fińskiego - ktokolwiek kiedyś słyszał Finów lub widział tekst w tym języku, zgodzi się, że taki cel jest po prostu zbyt ambitny.

Zostaje nam mały kościółek, ale ten nastręcza chyba najwięcej kłopotów. Nie dość, że można stracić obydwa kciuki podczas strugania, to trzeba jeszcze pamiętać, z którego okienka wystaje trąbka hejnalisty, jeśli będziemy chcieli oddać wierną kopię Kościoła Mariackiego z godziny 12.04.

środa, 7 stycznia 2009

Mleko czy kakao?

Aleśmy zaczęli ten rok! Jeszcze przed powrotem Maks zapalił spojówki, a w sam dzień wyjazdu sam rozpalił się do 39 stopni. Po przyjeździe pani doktor stwierdziła wirusa i kazała mu w domu siedzieć, a nie po żłobkach się szlajać.

I tak oto koło historii zrobiło 360- stopniowy obrót. Rok temu na początku stycznia zaczęliśmy z Maksem urlop wychowawczy, a dziś znowu siedzimy razem w domu. A że minęło 12 miesięcy - siedzieć z Maksem w domu (mróz potworny na dworze i choroba uniemożliwiają zabawy na powietrzu) – to zupełnie inna sprawa...

Zmiana na niekorzyść w porównaniu z Maksem A.D. 2008 to tzw. marudność upierdliwa. Wczoraj, kiedy był z mamą w domu, pobił wszelkie marudne rekordy i mama jak wrak wykończona poszła dziś odpocząć do pracy.

Z pewną nieśmiałością przejąłem rozgorączkowanego Maksa dzisiaj, ale rekordowy mróz – chyba nawet najstarszy w naszej wiosce szaman nie widział wcześniej -18 stopni na swoim termometrze (!!!) – pomógł zbić temperaturę w Maksiowej pupie do niewiele powyżej 37 stopni, choć odkręciliśmy (wyjątkowo) kaloryfer w jego pokoju na noc. Kto jak kto, ale ja na tę zimę narzekać nie będę.

Wraz ze spadkiem temperatury marudność upierdliwa zmalała i mogliśmy z Maksem porozmawiać jak ojciec z synem. Ponieważ upodobał sobie ostatnio słowo „kakaoł”, które być może oznacza kakao – piszę być może, bo kiedy raz kupiliśmy mu puszkę rozpuszczalnego słodkiego kakao, to tata wyjadł je w całości łyżeczką – nasza rozmowa przy śniadaniu wyglądała mniej więcej tak:
- Koniec ociągania, pij mleko synku!
- Kakaoł?
- Nie, mleko.
- Kakaoł.
- Mleko.
- Kakaoł.
- Mleko.
- Kakaoł.
...


Maks A.D. 2009